niedziela, 5 lutego 2012

Catrice - Eyebrow Set Duo

Dzisiaj recenzja paletki do brwi. Moje brwi niestety nie są idealne i wymagają poprawek. Do tej pory używałam brązowego cienia lub kredki, ale już od paru tygodni jestem posiadaczką tego niewielkiego cuda i nie zamienię go na nic innego :)


                                      Moja opinia:

Kolor: Paletka posiada dwa cienie w chłodnej tonacji. Jeden jest brązem, a drugi beżem. Są bardzo dobrze napigmentowane.

Cena: ok. 16 zł w Naturze




Opakowanie: Pudełeczko jest małe i poręczne, zawiera lusterko i szufladkę, w której znajduje się miniaturowa pęseta i pędzelek ze szczoteczką.



Aplikacja/Użytkowanie: Pędzelek jest genialny, miękki, skośnie ścięty, co pozwala na precyzyjne pomalowanie brwi. Pęseta nie należy do najwygodniejszych i najlepiej zrobionych przyrządów kosmetycznych, ale mimo wszystko da się nią wyrwać niepotrzebne włoski. Szczoteczka u mnie nie znalazła zastosowania :)



Efekt: Mam jasne brwi, przy nosie są rzadkie i praktycznie nie widoczne, natomiast moje włosy są farbowane na brąz. Ciemniejszy kolor jest wprost stworzony dla mnie. Podkreśla brwi, daje naturalny efekt, w żadnym razie nie wyglądają na sztuczne, przerysowane. Cień jest trwały i nie znika w przeciągu dnia. Cienie będą nadawać się dla blondynek, szatynek i brunetek.

Podsumowując, paletka jest naprawdę świetnej jakości, zarówno jeśli chodzi o opakowanie, pędzelek jak i same cienie. Cały zestaw przydaje się w podróży, bo nie zajmuje dużo miejsca. Jeśli takie kolory by Wam pasowały, to polecam :)

Moja ocena: 6/6


Pozdrawiam, Lissa :) 

czwartek, 2 lutego 2012

Vatika - krem do stylizacji włosów z kaktusem

Do stylizacji włosów używam piankę, lakier i czasami gumę. Postanowiłam, że skoro już dbam o włosy bardziej niż kiedykolwiek, to muszę też ograniczyć stylizację. Nie wykluczę jej całkowicie, ale mogę zastąpić np. piankę tym kremem :)



                                            Od producenta:

Krem do stylizacji włosów. Chroni włosy przed zewnętrznymi czynnikami, nadaje intensywnego blasku i ułatwia układanie włosów. Oliwki zawarte w kremie w pełni odżywiają włosy. Kaktus wzmacnia włosy i zwalcza efekty łysienia. Krem ma działanie zmiękczające oraz przywraca naturalne piękno włosów. 

Skład: oliwa z oliwek, ekstrakt z kaktusa, D-Panthenol i perfumy.



                                            Moja opinia:

Kolor/Konsystencja: Zarówno kolorem, jak i konsystencją krem przypomina mi budyń. Jest gęsty, ale nie przeszkadza to przy rozprowadzaniu go na włosach. Nie jest tłusty.



Opakowanie: Zwykłe, plastikowe. Kosmetyk był zabezpieczony folią, gdy do mnie przyszedł. W opakowaniu mieści się 140 ml produktu. Napisy są w obcym języku, ale jest naklejka z polskim opisem produktu i składem.

Cena: 27 zł na helfy.pl Ja kupiłam go w promocji za 22 zł. 

Użytkowanie/Aplikacja: Krem nakładam na suche lub wilgotne włosy wieczorem, potem skręcam je w "ślimaczka" na czubku głowy. Czasami też po prostu wcieram go w suche włosy, najczęściej w końcówki. Można też stosować go jako maseczkę, którą nakłada się na 15 minut przed myciem włosów. Jest dość wydajny, bo używam go prawie codziennie od 3 tygodni, a ubyła mi dopiero połowa. 

Efekty: Jeżeli nakładam go wieczorem, przed zwinięciem włosów w "ślimaczka", to następnego dnia mam piękne fale. W ogóle nie muszę używać pianki (tylko dzięki niej moje włosy się kręciły, a ogólnie nie są podatne na skręcanie). Krem sprawia, że ładnie falują i ten efekt jak na moje włosy utrzymuje się dość długo, bo ok. 6 h (jeżeli utrwalę je lakierem to wytrzymują dwa razy tyle). W dodatku włosy nie wyglądają na siano. Są elastyczne, sprężyste i błyszczące. Krem nałożony na suche włosy zapobiega elektryzowaniu się i nabłyszcza włosy. W żadnym wypadku nie wyglądają na tłuste. Gdy stosowałam go jako maskę, po umyciu włosy lepiej się rozczesywały, były gładkie i puszyste, nie elektryzowały się i wyglądały na bardziej odżywione. Tylko kilka razy zastosowałam go jako maskę i nie mogę powiedzieć, czy jakoś pomógł przy wypadaniu włosów, w dodatku moje włosy już nadmiernie nie wypadają.

Podsumowując, krem jest bardzo dobrym zastępcą pianki do włosów, nabłyszcza i odżywia włosy, ale nie nadaje im przetłuszczonego wyglądu i nie obciąża ich. Jest również świetny jako maska. Na pewno kupię go ponownie :)

Moja ocena: 6/6

Spotkałyście się z tym kremem do stylizacji? A może macie innych ulubieńców, jeśli chodzi o stylizację włosów?


Pozdrawiam, Lissa :) 

niedziela, 29 stycznia 2012

Max Factor - False Lash Effect Fusion Volume and Length Mascara - Tusz pogrubiająco - wydłużający

Nigdy nie kupowałam drogich maskar. Nie dawałam za nie więcej niż 30 zł. Wychodziłam z założenia, że drogie wcale nie oznacza lepsze i za niższą cenę można znaleźć coś wartościowego. Ten tusz był w promocji. Kupiłam go za 40 zł. Stwierdziłam, że warto spróbować, bo to tylko 10 złoty drożej. Nie zbiednieję :) Czy się opłaciło...?




                                            Od producenta:
"False Lash Effect Fusion to tusz dający mocniejszy efekt od tradycyjnego False Lash effect. Rzęsy w stylu glamour, czyli gęste i długie, kuszące i piękne. Tusz idealnie pokrywa rzęsy i unosi je do góry. W efekcie makijaż przy użyciu tej maskary idealnie podkreśla rzęsy, zwiększa ich objętość i precyzyjnie je rozdziela, dzięki czemu oczy zyskują wspaniałą oprawę. Podkreśla głębię oczu i nadaje im intensywności.
False lash effect fusion posiada innowacyjną szczoteczkę, która wyraźnie pogrubia każdą rzęsę od nasady aż po same końce. Szczoteczka zawiera 50% więcej włókien i jest 25% większa od Max Factor Masterpiece Max. Dzięki temu już za pierwszym pociągnięciem, z łatwością rozprowadzisz tusz, pokrywając rzęsy na całej długości, pogrubiając i jednocześnie eksponując ich piękny, naturalny kształt."


                                                                   Moja opinia:

Kolor: Mam maskarę w kolorze czarnym, który jest głęboki, smolisty.

Opakowanie: Bardzo ładne, fioletowe, poręczne, w dodatku bardzo pojemne, bo mieści 13,1 ml tuszu!

Szczoteczka: Pierwszy raz spotykam się z taką szczoteczką. Jest bardzo duża, z krótkimi włoskami. Końcówka szczoteczki jest gruba, co niestety mi się nie podoba, bo ciężko nią dotrzeć do najkrótszych rzęs w kąciku oka. Ciężko mi malować nią też dolne rzęsy.



Efekt: Maskara spełnia obietnice producenta. Rzeczywiście pięknie wydłuża i pogrubia rzęsy, a ja właśnie tego szukałam. Tusz pozwala na uzyskanie delikatnego efektu jak i mocnego. Nie skleja rzęs, nie tworzy tzw. owadzich nóżek, czego po prostu nie znoszę. Bardzo ładnie rozdziela rzęsy, jest ich jakby więcej. Duuużo więcej :) Tusz ma już 1,5 miesiąca i świetnie się trzyma. Jest bardzo wydajny. Dodatkowo widocznie unosi rzęsy ku górze. Nie jest wodoodporny, więc po kontakcie z wodą się rozmazuje. Nie osypuje się i nie odbija na górnej powiece (a nie raz miałam z tym problem przy innych tuszach) nawet po kilkunastu godzinach.

Bez tuszu
1 warstwa
2 warstwy

Użytkowanie/Aplikacja: Do samej szczoteczki i nakładania tuszu trzeba się przywyczaić. Na początku jest trudno, tym bardziej, jeśli nie miało się wcześniej kontaktu z taką szczotą :) Mam tylko jedno zastrzeżenie. Na szczoteczkę nabiera się troszeczkę za dużo tuszu na samej końcówce. Wtedy nawet nie ma mowy o dokładnym pomalowaniu rzęs, bez sklejania ich. Da się to jednak przeżyć.

Podsumowując: Tusz spisuje się świetnie. Jak do tej pory jest moim ulubionym. Szkoda, że wcześniej nie zdecydowałam się na jego kupno. Gdy mi się skończy, na pewno kupię kolejny, ale myślę, że może wypróbuję wersję wodoodporną lub tę w złotym opakowaniu :) Polecam!

Moja ocena: 6/6 (mimo problemów ze szczoteczką :))




Znalazłyście już swój tusz idealny? 
Buziaki, Lissa :) 

sobota, 21 stycznia 2012

Essence - gel eyeliner & eyeliner brush

To mój pierwszy kontakt z eyelinerem w żelu. Zawsze miałam te w płynie, np z Lovely, ale ostatnio zaczęły mi za bardzo przeszkadzać. Więc stwierdziłam, że to właśnie odpowiedni moment na kupienie tego eyelinera, bo zawsze chciałam go mieć. I oto jest :)



                                                        Moja opinia:


Posiadam czarny eyeliner, Midnight in Paris. Kolor jest intensywnie czarny, nie jakiś wyblakły, grafitowy... Po prostu smolista czerń. Jest bardzo kremowy, nie zasycha w słoiczku. Wystarczy odrobina na pędzelku, żeby narysować piękną kreskę, przez co jest bardzo wydajny. Trwałość jest jego największą zaletą. Wytrzymuje na powiece cały dzień, od nałożenia makijażu do demakijażu. Nie rozmazuje się nawet w kąciku oka, co u mnie jest słabym punktem, jeśli chodzi o wszelkie eyelinery czy kredki. Właśnie stamtąd znikają najszybciej. Nie odbija się na górnej powiece. Rzeczywiście jest wodoodporny, przetrwał wypad na basen :) Słoiczek jest mały i poręczny, nie zajmuje dużo miejsca w kosmetyczce. Łatwo go zmyć płynem micelarnym lub czymś bardziej tłustym. Nakłada się go bardzo łatwo i przyjemnie za pomocą skośnego pędzelka z Essence, który został kupiony specjalnie na tę okazję :)


Pędzelek jest mały i poręczny, łatwy do umycia. Dzięki niemu można narysować kreskę dowolnej grubości, bardzo dokładną jak i lekko rozmazana, mniej ostrą. Nie gubi włosków. Już przyzwyczaiłam się do jego używania, choć na początku nie było łatwo.


Podsumowując, zarówno pędzelek jak i eyeliner są świetnymi produktami, jestem z nich bardzo zadowolona i szczerze polecam.

Moja ocena: 6/6 (dla pędzelka i dla eyelinera)

Używacie eyelinera? Macie swoich ulubieńców?
Pozdrawiam, Lissa :))

czwartek, 19 stycznia 2012

Kobo - cień do powiek Deep Black

Niedawno spostrzegłam, że nie mam żadnego czarnego cienia. Do tej pory używałam ciemnego brązu lub grafitu, jeśli chciałam zrobić smoky eyes. Stwierdziłam, że muszę mieć czarny cień. W końcu to mój ulubiony kolor :) Więc poszłam do Natury. Od razu wpadł mi w oko. Zastanawiałam się tylko, czy powinnam kupić pojedynczy cień do paletki czy cień w osobnym opakowaniu. Niestety wybrałam to drugie.






                                                       Moja opinia:

W tym cieniu urzekł mnie właśnie czarny, głęboki kolor. Nie jest ani trochę szary. Bardzo dobrze napigmentowany, matowy. Trochę się osypuje, jest taki... suchy. Na trwałość nie zwracam uwagi jeśli chodzi o cienie, bo z bazą ArtDeco każdy cień na moich powiekach trzyma się aż do zmycia. Tak jest też i z tym, ale z ciekawości sprawdziłam jego trwałość bez bazy i wytrzymał na powiece 4 godziny. Przy moich opadających powiekach to dużo.




Nie podoba mi się opakowanie cienia. Powinnam była kupić wkład do paletki i samą paletkę. Ale zrobiłam inaczej. Cień trzymałam w kosmetyczce i dzisiaj chcąc go użyć o mało go nie wysypałam. Był cały pokruszony, a metalowy "spodek" oderwał się od plastikowego opakowania. Nie wiem, czy to moja wina, czy to przez kiepskie opakowanie producenta, ale mówi się trudno. Mocno docisnęłam go monetą 5-złotową do dna i jest ok. Cień kosztował 17 zł, dostępny jest w każdej Naturze.

Podsumowując, cień jest bardzo dobrze napigmentowany i właśnie to jest dla mnie najważniejsze. Trochę przeszkadza mi osypywanie, ale da się to znieść. Uważam, że jest to bardzo dobry kosmetyk, za w miarę rozsądną cenę.

Moja ocena:
5+/6

Lubicie czarne cienie? Używałyście kiedyś cieni Kobo?
Pozdrawiam Lissa :)

wtorek, 17 stycznia 2012

Essence - XXXL Nudes lip gloss

To jest już mój drugi błyszczyk z tej serii, wcześniej miałam jaśniejszy kolor. Ten pierwszy błyszczyk nie zachwycił mnie na tyle, żeby kupować go ponownie, ale byłam ciekawa, czy inny kolor również będzie tak wchodził w załamania ust, jak tamten jasny kolor.

                                                          
                                                         Moja opinia: 


Pierwsze co mi przychodzi na myśl odnośnie tego kosmetyku, to tandetne i nieestetyczne opakowanie. Napisy bardzo szybko się ścierają, już zaledwie po paru dniach od kupna. Błyszczyk kosztuje ok. 11 zł, ale to nie znaczy, że ma tak wyglądać. Miałam już tańsze smarowidła do ust i wyglądały o wiele lepiej. Konsystencja jest jak dla mnie idealna, nie za rzadka, nie za gęsta. Nie klei się, włosy też się do niego nie przyklejają.



Błyszczyk ma karmelowy kolor. Jest trochę jaśniejszy od moich ust i właśnie to mi się podoba. Ale nie podoba mi się to, że wchodzi z załamania i zmarszczki ust, co nie wygląda dobrze. Przy większej ilości kosmetyku na ustach tak się nie dzieje, ale przez to zużywam 2 razy więcej kosmetyku niż potrzeba. Nie podoba mi się taki efekt. Ten błyszczyk jeszcze nie jest najgorszy pod tym względem, ale jaśniejszy, taki bardziej cielisty kolor, wyglądał na ustach koszmarnie nawet przy małej ilości. Niestety nie mam zdjęć do pokazania tamtego koloru.




Błyszczyk dodatkowo lekko nawilża usta, ale nie jest trwały, bardzo szybko wysycha, nawet jeśli nic nie jem i nie piję. Godzina, i nie ma po nim śladu. Aplikator jest zupełnie prosty, długi i wąski. Jest nie wygodny, więc musiałam go lekko wygiąć :) W pojemniczku jest 5 ml kosmetyku. Nie jest wydajny, właśnie przez to szybkie znikanie i małą pojemność.


Podsumowując, gdyby nie jego nieestetyczny wygląd na ustach, kupiłabym go ponownie, bo same kolory (ten i poprzedni) bardzo mi się spodobały. Nawet przymrużyłabym oko na kiepską trwałość. Karmelowy kolor kupiłam tylko przez moją ciekawość i chęć sprawdzenia mojej "teorii".

Moja ocena: 3/6


Miałyście ten błyszczyk? Spodobał Wam się czy nie?
Buziaki, Lissa :)

niedziela, 15 stycznia 2012

Maybelline - 24 SuperStay, korektor

Korektor to bardzo ważna rzecz w mojej kosmetyczce. Pozwala ukryć wszystko, co ma zostać ukryte przed światem. Do tej pory używałam korektora z Manhattanu, ale się skończył. Nie był na tyle dobry, żebym chciała kupić go jeszcze raz. Więc kupiłam korektor Maybelline. Zastanawiałam się między Mineral Cover, a SuperStay. Padło na ten drugi :)



                                                   Od producenta:

Korektor SuperStay 24h - pierwszy odporny korektor długotrwały, który zapewnia coś więcej niż nienaruszalny makijaż.

Korektor SuperStay 24hr zapewnia wyższy poziom długotrwałości. Korektor SuperStay 24hr jest odporny na działanie potu i sebum, co sprawia, że pozostaje on nienaruszony, zakrywa niedoskonałości, a jego kolor nie blaknie w ciągu dnia, co ma miejsce w przypadku innych korektorów. Korektor SuperStay 24hr utrzymuje się przez 24 godziny, zapewniając świeży i naturalny wygląd oraz uczucie komfortu przez cały dzień. Jego rewolucyjna formuła zapewnia więcej niż pokrycie niedoskonałości i cieni po oczami – gwarantuje odporność na pękanie, blaknięcie, podkreślanie załamań, wysuszenie, ściagnięcie, ruchy skóry, a nawet dotyk.

                                                    Moja opinia:

Korektor jest zamknięty w plastikowym opakowaniu, z białymi napisami. Wygląda estetycznie, opakowanie jest niewielkie, więc mieści się bez problemu do kosmetyczki i nie zajmuje dużo miejsca. Pojemność to 7,5 ml (nie wiem, kiedy ja to zużyję :)). Kupiłam go w promocji za 24 zł w Rossmannie. Regularna cena to 30zł. Posiadam kolor nr. 2, jest to jasny beż, w różowej tonacji. Konsystencja korektora jest gęsta i kremowa. Aplikator jest niewielki, z zaokrągloną końcówką, wygodnie nakłada się nim kosmetyk.



Z samego działania nie jestem do końca zadowolona. Korektor kryje bardzo dobrze, jeśli nałożymy grubszą warstwę. Ale wtedy nie wygląda to estetycznie. Po prostu ten korektor staje się bardzo widoczny, mimo, że nie odcina się od koloru skóry. Jednak jeśli na korektor nałożymy jeszcze podkład (w moim wypadku mineralny), cienie pod oczami czy inne niedoskonałości przestają być widoczne. Nie podoba mi się też to, że korektor bardzo szybko zasycha (nie na skorupkę, oczywiście, ale robi się gęstszy) i ciężko jest go wtedy rozetrzeć. Raz nie użyłam przed nałożeniem korektora żadnego kremu i bardzo podkreślał suche skórki i nie tylko. Czyli dobry krem jest konieczny przed nałożeniem korektora. Ale mino tych minusów, korektor utrzymuje się u mnie cały dzień. Nic nie schodzi, nie warzy się. Szkoda, że jest taki mały wybór kolorów, bo tylko 3, o ile się nie mylę.

Nawet udało mi się zrobić parę zdjęć, ilustrujących jego działanie :)


Przed

I po, ale bez użycia kremu. W dodatku zdążył lekko zeschnąć, zanim udało mi się go rozetrzeć. W przybliżeniu dokładnie to widać.  Korektor nie będzie dobry dla kobiet ze zmarszczkami.

A tutaj dodatkowo przed korektorem nałożyłam krem nawilżający, więc korektor jest mniej widoczny i lepiej się rozsmarowywał, oczywiście po wchłonięciu kremu :) 

Podsumowując, korektor sam w sobie nie jest idealny, zawsze muszę się wspomagać kremem przed i podkładem po nałożeniu, ale mi to nie przeszkadza. W sumie zawsze powinno się używać kremu pod oczy. Gdyby zdarzyło się, że pilnie trzeba wyjść z domu, a nie mamy na twarzy żadnego makijażu i szybko chcemy użyć chociaż korektora, żeby ukryć cienie pod oczami czy krostki, to wtedy będzie kłopot. Myślałam, że będzie bardziej kryjący, ale się troszeczkę zawiodłam. Jeśli chodzi o trwałość, rzeczywiście jest Super :) Jeżeli nie przeszkadza Wam szybkie zasychanie i nie macie zmarszczek, to może się on spodobać. Ja zużyję go do końca, ale ponownie go nie kupię.

Moja ocena: 4/6

Dzisiaj po raz pierwszy spadł u mnie śnieg. I to w dużych ilościach. Od rana sypie i wieje. I jest zimo. Lubię śnieg, ale tylko za oknem. Jeśli mam wyjść na zewnątrz podczas jakiejś śnieżycy... unikam tego jak mogę :) Natomiast jeden z moich kotów uwielbia śnieg. Futro cały dzień spędziło dzisiaj na dworze. Do domu wchodziła tylko po to, żeby coś zjeść (jak do stołówki :)) Tutaj zdjęcie, gdy siedzi na schodach i czeka, aż ją śnieg zasypie. Najwyraźniej chce zostać kocią wersją bałwanka :D W dodatku Luna za nic nie chce wejść do domu. Dziwne zwierzę :)









Pozdrawiam, Lissa :)

piątek, 13 stycznia 2012

Tag - Nasze ulubione seriale


                                                             ZASADY:
1. Opublikuj u siebie na blogu logo taga.
2. Napisz, kto Cię otagował.
3. Otaguj 5 innych bloggerek.
4. Wymień i opisz kilka swoich ulubionych seriali.
Na blogu Orlicy zobaczyłam nowy Tag, który bardzo mnie zaciekawił. Uwielbiam oglądać seriale, nawet bardziej niż filmy, więc postanowiłam pokazać Wam kilka moich ulubionych seriali :) 
 1. Buffy, postrach wampirów



To zawsze był i zawsze będzie mój ulubiony serial. Wszystkie sezony obejrzałam ze dwa razy. Uwielbiam akcje tego serialu, walki, tajemnice, sam pomysł jest genialny... i oczywiście bohaterów. Zawsze lubiłam Angela i Buffy. Przeczytałam nawet chyba wszystkie książki, jakie się ukazały o Buffy :)


2. Nie z tego świata - Supernatural 
To mój drugi ulubiony serial. Na każdy odcinek czekam z niecierpliwością. Całe szczęście, że nowe odcinki są dostępne w Internecie w soboty, więc spokojnie mogę go obejrzeć. Chciałabym, żeby było jak najwięcej sezonów, bo po prostu kocham oglądać ten serial. Szczególnie Deana. Facet jest boski pod każdy względem! Kocham jego poczucie humoru. W dodatku w serialu występują świetne efekty specjalne i walki. Serial nie jest przewidywalny ani nudny, przynajmniej dla mnie. Pamiętam, jak zaczęłam go oglądać. Byłam chora, przez 4 dni leżałam w łóżku. Nudziło mi się. Trafiłam na ten serial. Obejrzałam całe 5 sezonów w 3 albo 4 dni. I w te wakacje po trochu oglądałam go od początku, dla samego Deana. Nawet moja siostra, która nie cierpi tego rodzaju seriali, z chęcią oglądała go ze mną, bo uważa, że "Dean jest fajny" :) 


3. Kości 


Kiedyś ogólnie nie lubiłam seriali kryminalnych. Ten był moim pierwszym. Obejrzałam go tylko dlatego, że grał tam David Boreanaz, czyli Angel z Buffy. Taki sentyment :) Ale już  po kilku pierwszych odcinkach stwierdziłam, że było warto. Zagadki zbrodni są fenomenalne, cały ten proces poszukiwania zbrodniarza, sposoby jakie wykorzystują do wyszukiwania poszlak, szczątki i kości, które wyglądają bardzo realistycznie.  Oczywiście uwielbiam dr. Brennan, jej charakter. Jest bardzo mądra, zna się chyba na wszystkim, z wyjątkiem relacji między ludzkich. Naprawdę kiepsko jej to idzie. Jej zupełnym przeciwieństwem jest agent Booth. Ich odmienność poglądów często doprowadza do bardzo zabawnych sytuacji :)

4. Gra o tron 
Serial zaczęłam oglądać za namową koleżanki i wciągnęłam się niesamowicie już po pierwszym odcinku. Nie jestem fanką średniowiecznych klimatów, ale ten serial mi się spodobał. Jest bardzo realistyczny. Króluje w nim intryga, zabójstwa, zdrady - wszystko przez chęć posiadania władzy. Serial jest bardzo tajemniczy, dopiero pod koniec wyjaśniło się kilka spraw, które mnie nurtowały, ale to i tak nie wszystkie. Przedstawia historie różnych bohaterów, które w mniejszym lub większym stopniu się ze sobą przeplatają. Najbardziej urzekła mnie historia Daenerys, młodej dziewczyny, która została zmuszona poślubić brutalnego wodza wojowniczego plemienia. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, który ma się pojawić prawdopodobnie wiosną :) Serial oparty jest na podstawie książek z serii Pieśni Lodu i Ognia. Nie miałam okazji ich przeczytać, ale w przyszłości na pewno to zrobię :)


5. White collar 



Kolejny serial kryminalny. Lubię w nim to, że łapanie przestępców nie jest priorytetem. Nie w każdym odcinku jest zagadka do rozwiązania, przestępca do złapania. Czasami problemy głównego bohatera, Neal'a, są ważniejsze. On sam jest przestępcą, złodziejem dzieł sztuki, który wyszedł z więzienia, pod warunkiem, że będzie pomagał FBI. Jest ekspertem od fałszerstwa. Sam główny bohater jest czarujący i ma poczucie humoru. Jego przyjaciel, Mozzie, również bardzo przypadł mi do gustu jako bohater, bardzo zabawna postać.


Jest jeszcze cała masa seriali, które nie są moimi ulubionymi, ale z przyjemnością je oglądam (lub oglądałam): Dr. House, American Horror Story, Charmed, The Ringer, Czysta Krew, Smallville, Xena, Veronica Mars i Pamiętniki wampirów. 



Do zabawy zapraszam :


Pozdrawiam, Lissa :) 

piątek, 6 stycznia 2012

Essence Crystalliced LE + cienie Catrice

Byłam w poniedziałek w Naturze, żeby obejrzeć nową limitowankę Essence. Stałam przed nią 10 minut i nie wiedziałam, co wybrać. Jak tylko zobaczyłam zapowiedź, spodobały mi się cienie w płynie, ale po sprawdzeniu w drogerii okazały się za słabo napigmentowane i za rzadkie. Gdy je roztarłam były ledwo widoczne. W końcu zdecydowałam się na 2 błyszczyki. Każdy po 6 zł! Dokupiłam też jeden cień w kremie Catrice i słynnego kameleona :)





                                                            
                                                           Od producenta:

Trzy czarujące pastelowe odcienie błyszczyków pozwolą ci na nieskończoną zabawę kolorem! szczególnie lekka i błyszcząca konsystencja nada twoim ustom uwodzicielskiego blasku i zatroszczy się o nie podczas zimowego mrozu. dostępne w wersji: 01 it’s a snow-woman’s world, 02 diamond dust i 03 ice crystals on my window.


                                                             Moja opinia: 

Lubię błyszczyki, które rozjaśniają usta. Te dwa dobrze sobie z tym radzą, nadają ustom blasku. Kolor 02 Diamond Dust jest bardziej przeźroczysty i ma bardziej widoczne srebrne drobinki. 03 Ice crystals on my window ma mleczny kolor, a drobinki są naprawdę niewielkie, ledwo widoczne. Producent pisze, że błyszczyki mają "szczególnie lekką konsystencję". Moim zdaniem ich konsystencja wcale nie jest lekka. Powiedziałabym, że jest kleista i gęsta. To akurat mi się w tych błyszczykach nie podoba, bo jestem fanką lżejszych kosmetyków. Ale dzięki tej gęstości błyszczyk bardzo długo utrzymuje się na ustach. U mnie przetrwał ok 4 godzin bez jedzenia i picia. To dla mnie bardzo dużo, bo zazwyczaj błyszczyki, te lekkie, znikają z moich ust już po godzinie, góra dwóch. Oba kosmetyki mają bardzo słodkie zapachy i smaki. Musze się powstrzymywać, żeby ich nie zjeść. Zauważyłam też, że lekko nawilżają. Nie tak jak dobra pomadka ochronna, ale jak na błyszczyk za 6 zł, nawilżanie jest ok.

Podsumowując, bardzo polubiłam te błyszczyki, głównie za ich rozjaśniające kolory oraz słodki smak i zapach. Nie przypadła mi do gustu i gęsta konsystencja, ale może czasem się przekonam. Chyba kupię jeszcze jeden kolor :)

Moja ocena: 5+/6


Jak już mówiłam, dokupiłam kolejny cień Made to Stay Catrice. Jest to Jennifer's Goldrush. Ma piękny złoty odcień, który w odpowiednim oświetleniu nabiera lekko zielonego połysku. O jego właściwościach pisałam parę postów temu. Niczym nie różni się od pozostałych kolorów. Jest świetną bazą pod cień Essence C'mon Chameleon. W końcu go kupiłam. Tyle napatrzyłam się na zdjęcia tego cienia, że zapragnęłam go mieć. Ma brązowy kolor, który wraz ze zmianą światła robi się zielono-turkusowy. Jeszcze nie miałam takiego odcienia, ale już stał się jednym z moich ulubionych. Z trwałością nie mam problemu. Używam bazy Art Deco lub trwałego cienia Catrice.



Jak się Wam podoba nowa limitowanka z Essence? Kupiłyście już coś?
Pozdrawiam, Lissa :)

czwartek, 5 stycznia 2012

Mineralny podkład Lily Lolo + Hakuro H50

Całe życie używałam płynnego podkładu. Nie wyobrażałam sobie, że może istnieć podkład w pudrze. Kiedy postanowiłam zmienić podkład na mineralny, nie miałam pojęcia, który wybrać. Myślałam, żeby zamówić jakiś z Ameryki, ale bałam się, że nie trafię w kolor. Everyday Minerals mi nie pasowało, bo ma w składzie jeden składnik, który może zapychać - Lauroyl Lysine. Więc wybrałam Lily Lolo. I już nigdy nie zmienię podkładu :)





To zdjęcie oddaje rzeczywisty kolor podkładu

                                                           Moja opinia:

Podkład kupiłam na stronie kosmetyki-mineralne.com. Są też tam dostępne produkty Pixie, Everyday Minerals, Hakuro. Mój kolor to China doll, jeden z jaśniejszych. Idealnie pasuje zimą do odcienia mojej skóry. W okresie letnim będę musiała zamówić o ton ciemniejszy. Na samym początku, gdy go kupiłam, okazał się trochę za jasny, ale miałam ciemne próbki podkładów, które zamówiłam dla mamy, więc mogłam sobie swój podkład przyciemnić :) Aplikacja jest niezwykle prosta. Wystarczy wysypać trochę produktu na wieczko i nabrać proszek na pędzel, najlepiej flat top. Ilość pokazana na zdjęciu wystarczyła mi na 1 warstwę, która dobrze pokrywa większość niedoskonałości. By uzyskać mocniejsze krycie potrzebowałam jeszcze jednej takiej warstwy. Pudełeczko jest z matowego plastiku, proste, ale gustowne. Podoba mi się. Ma niewielkie otworki, przez które można wysypać odpowiednią ilość podkładu. Jest bardzo wydajny. Używam go od września, a zużyłam dopiero połowę opakowania. Przez taką ilość czasu byłabym w połowie 2 opakowania podkładu z Maybelline. Podkład do tanich nie należy. Kosztował mnie 80 zł za 10 gram. Za dwa opakowania Maybelline już bym zapłaciła 60 zł. A Lily Lolo starczy mi jeszcze na drugie 4 miesiące, przy codziennym stosowaniu. Podkład nie ciemnieje na twarzy. Czytałam opinie, że może się tak dziać z podkładami mineralnymi, ale u mnie on nie ściemniał. Plusem jest też to, że nie zapycha. Co jest dla mnie najważniejsze. To przez to, że jest lekki. Utrzymuje się na twarzy cały dzień. Nakładam go po posmarowaniu twarzy kremem matującym i nic nie znika. Mat utrzymuje się około 7 godzin, ale nawet bez poprawiania twarz wygląda ok. Nie tworzy maski, stapia się ze skórą, pod warunkiem, że dobierzemy odpowiedni kolor. I nie podkreśla suchych skórek, a chyba każdy podkład w płynie, który miałam, sprawiał, że były bardzo widoczne. Nie mam zmarszczek, więc nie wiem czy je podkreśla, czy nie. Pozostawia naprawdę aksamitną skórę na długie godziny.

Podsumowując, jest to najlepszy podkład jaki miałam okazję używać. dobrze kryje, nie zapycha, długo się utrzymuje, nie tworzy maski i nie podkreśla suchych skórek. To wszystko, musi mieć dla mnie podkład idealny. Ten zdecydowanie taki jest. Polecam!

Podkład nakładam pędzlem Hakuro H50. Kupiłam go specjalnie do tego kosmetyku. Nie miałam nigdy podobnego pędzla, więc nie mam porównania, ale dla mnie jest świetny.

Nie traci włosia, a myję go raz w tygodniu. Włosie nie zmienia kształtu. Jest bardzo delikatny i mięciutki. Nie jest ani za duży, ani za mały. Wygodnie się go trzyma i nakłada podkład. Bardzo dobrze sobie z tym radzi. Nakładam podkład okrężnymi ruchami, wcieram go w skórę. Dokładnie pokrywa twarz kosmetykiem, nawet woków brwi, oczu i nosa. Kosztował 30 zł, zamawiałam go z tej samej strony, co podkład.



Co sądzicie o kosmetykach mineralnych? Używałyście już? 
Pozdrawiam, Lissa :)